Kazania

Kazanie ks. prał. Zbigniewa Szygendy na pogrzebie śp. Marianny Walentynowicz

„Kto we mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie...

Wierzysz w to?”

Egzorta na pogrzebie śp. Marianny Walentynowicz

21 stycznia 2021 r.     

         Pytanie zadane Marcie nie speszyło siostry Łazarza, ale odpowiedziała natychmiast: „Tak, Panie! Ja wciąż wierzę, żeś Ty jest Mesjasz, Syn Boży, który miał przyjść na świat”.

To pytanie stawia nam Chrystus często w różnych ważnych momentach życia. Odpowiedź na to pytanie: „wierzysz w to?” jest sprawdzianem:

  • Czy nasza Komunia z Bogiem jest autentyczna i zdecydowana.
  • Czy wiara w życie pozagrobowe i powrót do Domu Ojca są dla nas oczywiste.
  • Czy stać nas na bezwarunkową odpowiedź Marty: „Tak Panie. Ja wciąż wierzę.”

Św. Franciszek Salezy mówił: ”Życie to czas, w którym szukamy Boga. Śmierć to czas, w którym Go znajdujemy. Wieczność to czas, w którym Go posiadamy”. Tak. Jeżeli tego Boga sumiennie w życiu doczesnym szukamy, to śmierć nie będzie straszna ani trudna, bo Go właśnie w śmierci znajdujemy, przez co śmierć staje się bramą do wieczności, w której Go będziemy wiecznie posiadać.

Taką pewność składamy dziś na ołtarzu Chrystusa dziękując Bogu za życie śp. Marianny Walentynowicz, która całe 87 lat „szła świadomie naprzeciw Tajemnicy, której na imię wieczność.”

Pochodziła z rodziny głęboko wierzącej, co dawało jej i całej rodzinie fundament na budowanie codzienności i siłę na przetrwanie mroków historii. Dzieciństwo jej przypadło na okres II wojny światowej, gdzie wraz z rodziną zmagała się z wojenną rzeczywistością i hartowała się do pokonywania życiowych trudności.

W 1958 roku wyszła za mąż za Zbigniewa Walentynowicza, z którym przeszła 54 lata wspólnej drogi pełnej miłości, nadziei, ale i trosk i bólu. Poważny szok przeżyła po stracie pierwszego dziecka – córeczki, kilka dni po przyjściu jej na świat. Głęboka wiara i wsparcie męża pozwoliły jej przetrwać ten cios. Potem Bóg obdarzył ich dwójką synów - Krzysztofa i Jarosława. Rodzina była dla Niej najważniejszym zadaniem i ogromną radością. Budowali ją razem z mężem na wartościach chrześcijańskich i wzajemnej miłości, co z dumą wspominają ich dzieci i wnuki. Doczekała się też prawnuków, co sprawiało Jej wielką radość i szczęście.

Dla swego męża zawsze troskliwa i opiekuńcza przeszła egzamin z miłości, gdy ten ciężko zachorował. Czuwała przy nim w szpitalu w Aninie wiele dni, dzięki czemu znów mogli być razem kilka lat. W 2010 r. boleśnie przeżyła śmierć ukochanego męża, za którego nie przestawała się modlić do końca swoich dni.

Dzięki tym cechom stworzyła dom, który był przyjazny dla wszystkich. Księża posługujący w tej parafii serdecznie wspominają słynne coroczne zakończenia kolędy u Marii i Zbyszka. Gościnność, serdeczność, wspomnienia i śpiew kolęd, a potem piosenek – szczególnie tych z nad Niemna – taki był dom Walentynowiczów na Chopina.

Miała też śp. Marianna inny dom – Kościół:

  • Ten przez duże K, czyli Mistyczne Ciało Chrystusa, do którego należała świadomie i odpowiedzialnie, bo wiedziała, że nie może mieć Boga za Ojca, kto Kościoła nie ma za Matkę.
  • I ten, który jako świątynie parafialną budowała ofiarnie i wspierała modlitwą, bo było to dla Niej ważne miejsce spotkania z Bogiem i ze wspólnotą wierzących.

Była ważną osobą we wspólnocie parafii N. Zbawiciela:

  • Przez wiele lat była główną zelatorką Kół Żywego Różańca i współorganizatorką grup modlitewnych, tak ważnych dla życia parafii.
  • Należała do Oazy Dorosłych, która w tej parafii przekształciła się w 1990 roku w Caritas parafialną im. Ks. Jerzego Popiełuszki. Tutaj wykazywała wielką troskę o ludzi biednych – także duchowo. Odnalazła np. rodzinę wielodzietną z problemami, gdzie dwoje dzieci nie było ochrzczonych. Przygotowała dla nich chrzest, a że nie mieli chrzestnych, to sama ze swoją przyjaciółką z Caritas, śp. Marianną Igleską były dla tych dzieci matkami chrzestnymi i pełniły ten obowiązek przez dalsze lata.
  • Z radością prowadziła parafialne adorację, które ubogacała pięknym śpiewem i rozważaniami.
  • Należała do Towarzystwa Przyjaciół WSD, które wspierała modlitwą i ofiarami.
  • Angażowała się też w pracę Biura Radia Maryja przy franciszkańskim klasztorze razem ze wspólnotami z tamtej parafii.

Jeden z Jej synów, wspominając swoją matkę, powiedział: „Kościół, wiara i miłość były dla niej jedynym drogowskazem, którym się kierowała pokonując wszystkie zawirowania życia.”

Warto by dziś, na tym pogrzebie, zapytać – skąd brała na to wszystko siłę i czas? Odpowiedź wydaje się oczywista – z modlitwy i Eucharystii. Tak zjednoczona z Bogiem stała się siłaczką duchową, której ślady są widoczne w Jej rodzinie i w naszej parafii.

Drodzy synowie wraz ze swoimi rodzinami. Drodzy wnukowie i prawnukowie. Żegnacie dziś swój najdroższy skarb, jakim Opatrzność Was obdarzyła - Matkę. Matka bowiem, to podstawa rozwoju dobra w dziecku i skuteczna obrona przed złem, zwłaszcza moralnym. Dziękujemy razem z Wami Bogu, że dał Wam taką Mamę i Babcię. Z Jej przykładu i modlitwy korzystaliście nie raz i korzystać będziecie dalej, bo Ona nie przestaje Was kochać, chociaż odeszła z tej ziemi. Z nieba przez Świętych Obcowanie można wiele pomóc tym, których się kochało. Ona nie przestaje być Waszą Matką, o której młodzież na oazach śpiewała:

„Matka, która wszystko zrozumie, sercem ogarnia każdego z nas,

Matka zobaczyć dobro w nas umie, Ona jest z nami w każdy czas.”

I jeszcze jedno wspomnienie. W czerwcu ubiegłego roku przyszła p. Maria na plebanię, podpierając się już dyskretnie laseczką. Co panią sprowadza? – pytam grzecznie. Chciałam osobiście pożegnać ks. proboszcza, skoro już musi odchodzić, ale między nami nic się nie zmieni. Może ksiądz liczyć na moją modlitwę…. Liczę p. Mario i dziękuję.

         Kończąc tę egzortę, chcę dedykować naszej Drogiej Zmarłej modlitwę ks. Jana Twardowskiego w ostatniej godzinie życia:

                   „Pod twe stopy zechciej przyjąć Panie

                  moje życie zamiast śmierci, jak różaniec”.

Kategoria: