Kazania

Niedowiarstwo

„Jezus dziwił się ich niedowiarstwu”

XIV ndz. zw. rok B

W czasach, w których przyszło nam żyć — pełnych niepewności, sensacji, fałszywych wiadomości, dwuznaczności, manipulacji, kłamstwa i relatywizmu — warto zastanowić się, czy Chrystus nie zdziwił by się i naszym niedowiarstwem. Bo jest On lekceważony i odrzucany przez wielu ludzi, których serce zatwardziało w samouwielbieniu i samozadowoleniu. Człowiek mocno uwierzył w siebie; tak bardzo zaufał swoim możliwościom i rozumowi, że Bóg jest mu już niepotrzebny, że Jezus mu przeszkadza. Człowiek współczesny tak bardzo zapatrzył się w siebie i swoje możliwości, że odważa się poprawiać samego Stwórcę i zarzucać Mu błędy:

  • Dlaczego „Nie zabijaj”, skoro dziecko ma urodzić się chore?
  • Dlaczego nie mogę wymienić męża na „nowszy model”, bo z tym „nie ma już między nami chemii?”
  • Dlaczego mam brać ślub kościelny, skoro mamy już dwoje dzieci i dobrze się nam powodzi?

Jak tu się nie dziwić niedowiarstwu naszemu?!.

Współczesny człowiek nie chce też, ani z ambony ani w rozmowach duszpasterskich, czy nawet rodzinnych, słuchać o swoich słabościach; nie chce, aby mu przypominano jego ułomności i niedoskonałości; nie chce mieć nad sobą żadnego mistrza i Boga, bo czuje się tym zniewolony… A zapomina, że to właśnie on sam się najbardziej zniewala ułudą wolności i anarchią samowoli. Być może dlatego i w naszych czasach tak trudno jest Jezusowi zdziałać jakikolwiek cud – bo Mu nie wierzymy, bo powątpiewamy o Jego boskości. Dzisiejszy człowiek za bardzo zaufał sobie samemu i w swojej zarozumiałości odrzucił i nadal odrzuca Jezusa, i sam szuka zbawienia w rozkoszach, w szaleńczym zaspokajaniu swoich wydumanych potrzeb, w rozrywce, w seksie, w dobrach materialnych. Człowiek przygotował we własnej pysze swój mały ludzki raj, który staje się dla niego po prostu piekłem.

W zarozumiałości swojej odrzucamy dziś Jezusa z pogardą i lekceważeniem. Odrzucamy Tego, który przyszedł nas zbawić i prowadzić drogą ku zbawieniu. Dlaczego? Przyczyn jest wiele.

Jedną z nich doskonale ilustruje pewne scenka. Otóż dwóch pobożnych, ale nieopanowanych chrześcijan pokłóciło się na rynku o cenę i jakość pewnego towaru. Pierwszy w pasji uderza drugiego w twarz. Sądząc, że to jeszcze za mało, mówi: „Jeśli cię ktoś uderzy w policzek, nadstaw i drugi” – i buch go jeszcze raz. Drugi, również znając Ewangelię, bije go jeszcze mocniej i mówi: „Jaką miarą mierzysz, taką ci odmierzą”. Przechodzi koło nich głuchawy proboszcz z wikarym. Pyta: „O co się kłócą i biją nasi parafianie?”. „Oni starają się praktycznie interpretować Ewangelię” – odpowiada wikary.

W tej anegdocie morał jest bardzo wymowny. Interpretowanie prawd ewangelicznych po swojemu sprawia, że człowiek staje obok Kościoła. Tworzy swoistą własną religię, wręcz prywatny Kościół. Wyklucza się nawet ze swojej parafii… Tego typu eksperymenty muszą prędzej czy później skończyć się drogą ku niedowiarstwu.

Drugą przyczynę braku zawierzenia Bogu świetnie pokazuje zdarzenie, które miało miejsce w okresie komunizmu w Polsce. Do Warszawy przybyła z wizytą królowa Belgii Elżbieta. Po stolicy oprowadza ją w imieniu rządu Jarosław Iwaszkiewicz, prezes Związku Literatów Polskich. Zwiedzają również kościoły. W pewnej chwili królowa pyta: „Czy pan jest wierzącym, czy komunistą?”. Iwaszkiewicz miał na to odpowiedzieć: „Katolikiem jestem wierzącym, ale niepraktykującym, komunistą natomiast niewierzącym, ale praktykującym”. Niedowiarstwo związane jest bardzo często z wyłącznie deklaratywną postawą religijną. Nie ma głębszego sensu wiara katolicka bez życia sakramentalnego. Jeśli ktoś chce się nazywać wierzącym, nie podejmując praktyk religijnych, nie rozumie, czym jest wiara. Nie ma prawdziwego zbliżania się do Boga bez spowiedzi, Komunii czy Mszy Świętej. Nie wystarczy mieszkać na terenie parafii i przez to tylko być pełnoprawnym chrześcijaninem.

W kancelarii kobieta awanturuje się, że nie może być chrzestną: Przecież jestem parafianką! Ale mieszka pani bez ślubu z dwójką dzieci i konkubentem, a kolędy nie było u Was 9 lat.

Odczuwamy też często pokusę odsunięcia Boga od naszych codziennych spraw. O Bogu chcielibyśmy pamiętać tylko z okazji świąt, a Jego działanie ograniczyć do kościoła i do życia wybitnych świętych. Apostoł Paweł przekonuje nas jednak w dzisiejszym czytaniu, że mocy Boga możemy doświadczyć przede wszystkim w momentach naszej słabości. Bardzo łatwo odwrócić się od Boga, najczęściej dla uspokojenia swojego sumienia, pochwały głupoty, dla grzesznego, niby wygodniejszego sposobu bycia. Wierzyć i zaakceptować Boga może tylko człowiek, który jest świadomy swojej słabości, duchowego ubóstwa i grzeszności.

„Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych, w swoim domu może być prorok tak lekceważony”. Można to jasno podsumować: byli to ludzie spragnieni cudów, ale nie Boga. O Jego mądrość pytają jedynie tak: Skąd On, syn cieśli, ją ma? Gdyby dzisiaj Jezus stanął na ulicach naszych wiosek i miast – tak osobiście, działając i przemawiając – czy nie byłoby podobnie jak w Nazarecie? Jakże bolesna jest ludzka niewiara, uprzedzenie, zawziętość, lekceważenie Boga i tego, co Boże. Dlaczego dzisiaj tyle zwątpienia, rozpaczy, duchowej tandety i płycizny myślenia?

  • Gapimy się godzinami bezmyślnie w telewizor i wierzymy gazetom, że piszą prawdę.
  • Karmią nas skandalami, aferami, pomówieniami i obiecankami.
  • W Internecie dajemy wiarę tym, co „hejtują i grillują” innych, a nie tym, którzy mówią trudną prawdę i obnażają przestępców.

Zgubiliśmy to, co najważniejsze w życiu – Chrystusa i Jego naukę. Czasem bardziej wierzymy we wróżby i przepowiednie niż w słowa Nauczyciela z Nazaretu… i dlatego „dziwił się Jezus ich niedowiarstwu” A może także i naszemu…

Kategoria: